<title_newspaper=Przekrj> 
<title_article=Cyrk przyjecha. Odcinek 14> 
<author_1=Marian Promiski>
<author_2=> 
<language=pl> 
<style=press>
<year="1952">
<month="6">
<date=1952-06-08>
<period=w>
<status=1_obieg>
<support=paper>
Pucewicz by wcieky. Krzycza:
 Nie bd z nim gra, nie bd! Staremu szczka lata, w gardle go dusi i to ma by wesoy numer! Orszak pogrzebowy, nie numer! Micha jest moje imi, a pseudo: Barry, syszysz?! A nie aden Geniu!
Esmeraldo puci pieska luzem, a sam usiad na kufrze.  Ja ci przepraszani, Pucewicz, ale ja tak od razu nie mog. Za dugo z Geniem
Obie kobiety pochyliy si nad nim, bo wygldao, jakby poblad pod szmink.
 Przyzwyczaj si i ty si podcigniesz. Bdzie z nas duet.
Pucewicz sta przed lustrem i poprawia szmink palcem, krygujc si z bliska do swego odbicia i z obrzydzeniem do swojej maski.
W tej chwili pojawi si dyrektor.
 Jola, Wiesia! Wy tutaj? Na aren! Gdzie tempo? Tempa nie ma!
Jola wysza zapowiedzie Winczewsk, a dyrektor pochyli si nad Esmeraldem. Sabo ci? Masz tu pastylk. Micha, przynie mu wody. Nie ty, Pucewicz. Ten may. 
Wiesia stana tu przy kotarze. Na sekund przycisna zwinite pici do oczu, potem rozoya rce z gracj, jakby w palcach trzymaa fad krynoliny.  Gra!
Wiesia powrcia po numerze z areny z jednym bukietem, ale okazaym i zoonym wycznie z psowych r. Jeszcze nie zgas jej umiech przeznaczony dla widowni, kiedy dwie zy z powiek strzepna w piasek.
Ach, ta beksa. Jolanta podesza blisko i uja j za ramiona.
 A ty znowu czego? Ze smutku, czy ze szczcia?  Z niepenego szczcia.  Otrzymawszy takie kwiaty?  Tak. Bo to co oznacza. Nie wiem, czy dobrze robi.  Przecie jeszcze nic nie robisz. Czyje one s?  Witolda, Witolda.  Tym lepiej. Id gdzie do kta i namyl si.
</support> 
</status> 
</period> 
</date> 
</month> 
</year> 
</style> 
</language> 
</author_2> 
</author_1> 
</title_article> 
</title_newspaper>